#03

Oto ciąg dalszy... :-)
27.08.2004

Szczęśliwie wylądowaliśmy w Dublinie. A oto co się działo wczoraj.
Nasze pierwsze wrażenia po wyjściu z samolotu były jak najbardziej pozytywne. Pogoda dużo lepsza niż zakładaliśmy, no i w końcu rozumieliśmy co jest napisane na ulicach – w Brukseli niestety wszystko było w języku francuskim, ewentualnie po flamandzku.
Odebraliśmy bagaże i skierowaliśmy się na przystanek. Na dworzec autobusowy, który to znajdował się w samym centrum Dublina, zawiózł nas double decker. Podczas jazdy, co trochę pojawiała się obawa – „jak ten kierowca jedzie???” – wszystkiemu winny ruch lewostronny ;-). Na szczęście w Dublinie przy każdym przejściu dla pieszych znajdowały się pomocne strzałki – look left, look right ;-).
Jeżeli już o przejściach dla pieszych mowa, to trzeba przyznać, że Irlandczycy nie przejmują się zbytnio czerwonym światłem. Co więcej, widok osób przechodzących przez sam środek dużego ruchliwego skrzyżowania, nie należy do rzadkości – na dodatek wszystkiemu spokojnie przygląda się garda – czyli tutejsza policja. Cóż, co kraj to obyczaj ;-).
Kiedy znaleźliśmy się na dworcu autobusowym, postanowiliśmy, że pierwsze co zrobimy to wypożyczymy rowery.
W związku z tym udajemy się pod pierwszy adres wypożyczalni – z czterech adresów jakimi dysponowaliśmy. Zjawiamy się na miejscu – pierwsza niespodzianka dzisiejszego dnia – pod wskazanym adresem nie znajduję się żadna wypożyczalnia. Wybieramy kolejny adres – pudło. Nie chcąc krążyć z ciężkimi bagażami w nieskończoność, kolejny wybór padł na wypożyczalnię, która figurowała w przewodniku. Na szczęście adres okazał się dobry. Niestety nie obyło się bez kolejnej niespodzianki – za wypożyczenie jednego roweru na 10 dni zażyczono sobie 200 euro!!! Jednym słowem cały nasz plan o zwiedzaniu Irlandii na rowerach legł w gruzach. Zrezygnowani staliśmy w miejscu, zastanawiając się co dalej.
Zdecydowaliśmy udać się na kemping. Po 1,5 h jazdy autobusem znaleźliśmy się w Rush. Kemping położony był nad samym morzem :-). Rozbijamy namioty i udajemy się na spacer wzdłuż plaży. Wracając na kemping, zaczepiliśmy o pub. Guinness okazał się wyśmienity :-D – oczywiście podany w tradycyjny sposób (po nalaniu, piwo odstawiane jest na około 2 min., a potem dolewane do końca).

Pierwszy raz porządnie się wyspałem. Wstałem około 9:00, potem prysznic i zakupy. Na śniadanie kupiłem przepyszne, chrupiące bagietki – no i nareszcie porządnie się najadłem, a raczej objadłem ;-).
Około południa, wraz z Adamem udaliśmy się do Dublina. Najpierw przechadzka Henry Street – ulica pełna butików i domów towarowych (niestety większość rzeczy dużo droższa niż w Polsce), a potem zmierzamy w kierunku dzielnicy Temple Bar. Klimat Temple Bar okazał się rewelacyjny – ulice pełne pubów, a puby pełne ludzi :-). Następnie znaleźliśmy się na Grafton Street – dubliński deptak, na którym można spotkać mnóstwo ulicznych artystów. Grafton Street zaprowadziła nas do parku St. Stephen’s Green. Trochę się tu pokręciliśmy, a potem postanowiliśmy wracać na przystanek – nie byliśmy pewni, o której godzinie odjeżdża nasz ostatni autobus do Rush. To byłoby tyle - właśnie teraz zmierzamy na kemping.


28.08.2004

Temperatura panująca ostatniej nocy dała nam popalić – gruba bluza i śpiwór przystosowany do -10 oC (przed wyjazdem nawet obawiałem się, czy nie będzie za ciepły) nie wystarczyły.
Po śniadaniu zapadła decyzja co robimy dalej – zdecydowaliśmy, że rozdzielimy się na jeden-dwa dni – Paweł postanowił udać się na północ, a potem na zachód, zaś ja z Adamem wyruszyliśmy od razu w kierunku zachodnim, w stronę Galway. Przed samym wyjazdem z Dublina, spotkaliśmy dziewczynę z Lublina (tak się zagadaliśmy, że nawet zapomnieliśmy spytać ją o imię :-)). Polecała nam podróżować stopem – właśnie tym sposobem, rok temu z koleżanką zwiedziły całą wyspę. Może następnym razem spróbujemy tego środka lokomocji :-).


29.08.2004

Poprzedniego dnia około 19:00 wjechaliśmy do Galway. Po godzinie „spaceru” z plecakami udało się znaleźć kemping – położony przy samym oceanie. Okolica przepiękna... Sam kemping okazał się dość dobrze wyposażony – sala telewizyjna, kuchnia, lodówka, pralka, suszarka, itd. Nareszcie mogłem skosztować moich wyśmienitych zupek chińskich ;-). Zmęczeni, około 22:00 położyliśmy się spać. Noc jak to zwykle okazała się zimna i wietrzna – na szczęście namiot przetrwał...

Dziś z samego rana wyruszyliśmy na zwiedzanie Galway. Malownicza miejscowość z pięknym portem i zatoką. Jedyne co momentami może przeszkadzać to zbyt duża liczba turystów. Doszedłem do wniosku, że muszę kiedyś zamieszkać nad morzem, albo oceanem – siedzieć na plaży, słuchać szumu fal – chyba mógłbym godzinami :-)

P.S. Póki co „deszczowa Irlandia” nie dała nam o sobie znać – przez większość czasu świeci słońce... i oby tak dalej... :-D


30.08.2004

Wczoraj wieczorem dołączył do nas Paweł. Poprzedniego dnia miał dość ciekawą pobudkę – obudził się z nogami w wodzie ;-) W nocy trochę padało i prawdopodobnie namiot zaczął przeciekać.
Zaraz po kolacji, wybraliśmy się na pintę Guinnessa. Niestety znalezienie wolnego miejsca w pubie, graniczyło z cudem. Osoby, które nie mogły zmieścić się w środku, rozmawiały i popijały piwko przed pubem – tak też zrobiliśmy i my.

Dziś rano (około 11:00) udaliśmy się do centrum. Najpierw śniadanko w Galway Bay, a potem przez jakiś czas chłonęliśmy morskie powietrze, przesiadując na wielkich głazach przy brzegu. Pogoda wymarzona – słońce i 23-24 oC. Potem Adam z Pawłem udali się na zwiedzanie katedry oraz uniwersytetu, natomiast ja na małą czarną w kawiarni przy Shop Street.
Jutro rano udajemy się na południe – najpierw Cliffs Of Moher, a potem Cork. W sobotę planujemy wrócić do Dublina.

P.S. Aha, byłbym zapomniał – wczoraj nieźle się wkurzyłem. Okazało się, że wszystkie baterie, które kupiłem na wyjazd (dokładnie 12 sztuk) nadają się do wyrzucenia – nici z nocnego fotografowania portu w Galway. Na szczęście udało mi się wpiąć z ładowarką do gniazdka w kuchni na kempingu – a nie było tak łatwo (brak przejściówki). Z pomocą Adama, po przygięciu jednej blaszki, wtyczka pasowała do gniazdka jak ulał :-). Wniosek z tego taki: nigdy więcej nie kupować baterii w Makro, dwa – na wyspach zbyteczna jest przejściówka do gniazdek :-).


05.09.2004

Trochę minęło czasu od kiedy coś „naskrobałem” – wszystko przez to, że zgubiłem mój ulubiony długopis ;-)
Poprzednie dni w kilku słowach:

31 październik - dzień wyprawy na klify. Noc była baaardzo zimna. Bluza, trzy pary skarpetek i śpiwór, który podobno nadaje się do -10 oC – wszystko na nic. Było przerażliwie zimno – jak tak dalej będzie, to nocleg w namiocie odpada.
Wstaliśmy dość wcześnie, chociaż jak się później okazało i tak za późno, by normalnym tempem dotrzeć punktualnie na dworzec – żeby zdążyć musieliśmy nieźle przyspieszyć. Najpierw szybki marsz, potem co jakiś czas bieg, a na końcu już tylko bieg ;-) - a wszystko to z bagażami „wagi ciężkiej”. Kiedy dotarliśmy na miejsce, mało nie padłem na ziemię – ale udało się zdążyć :-). Pogoda wprost idealna na zwiedzanie klifów – ani jednej chmurki na niebie i 24-25 oC (dla Irlandczyków to upał nie do zniesienia ;-)).
Droga na klify była dość wąska i kręta – niektóre zakręty miały ponad 360o !!! Niejeden kierowca bałby się podróżować taką drogą – jednak na pewno nie byłby nim kierowca naszego autobusu ;-). Nieprzejmując się tym, iż może coś nagle wyjechać zza zakrętu, samym środkiem drogi (zresztą nie miał innego wyjścia – droga była mniej więcej szerokości jednego pasa), szybko i sprawnie pokonywał zakręty. Jedyne co powodowało nieplanowane postoje, to bardzo liczne stada krów i owiec przechadzające się drogą – czyli tzw. „rush hours” w Irlandii ;-).
Podróż opłaciła się – widoki na klifach zapierały dech w piersi. Kiedy się stanie przy krawędzi 200-stu metrowej ściany skalnej, w którą uderzają fale oceanu... – tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć :-). Przy zwiedzaniu klifów, trzeba być dość uważnym – właściwie nie ma żadnych zabezpieczeń, więc przez nieuwagę, bądź też głupotę, można zafundować sobie ładny skok do wody.
Na klifach spotkaliśmy Tomka z Limmerick – zatrudnił się tam jako sprzedawca w sklepie spożywczym. Poopowiadał nam trochę ciekawych rzeczy o Irlandii i Irlandczykach.
Z klifów udaliśmy się do Cork. Niestety miasto niczym niezwykłym nas nie zaskoczyło – ot takie sobie zwykłe miasteczko. Zatrzymaliśmy się w schronisku, więc w końcu mogliśmy się wyspać na wygodnych łóżkach.

W Cork zostaliśmy do piątku (03.09). To co było najciekawsze z pobytu w tym mieście, to chyba nasi współlokatorzy w schronisku. Najpierw byli to dwaj Australijczycy – kiedy wrócili nad ranem kolejnego dnia, w pokoju unosiły się niezłe opary alkoholu ;-), potem jeden Włoch – też nieźle imprezował (cały dzień spał lub spędzał w kuchni, natomiast wieczorem wypuszczał się w miasto), a na koniec była to Francuzka, dwóch Francuzów (jeden z nich nie dość, że głośno chrapał, to na dodatek równie głośno mówił przez sen) i Anglik - podróżnik z Birmingham. W schronisku spotkaliśmy też mnóstwo ludzi z Polski. Właściwie dwa dni spędzone w Cork, były do siebie bardzo podobne. W dzień kręciliśmy się po mieście, natomiast wieczorem wypad do pubu na Guinnessa. Skusiłem się na Irish Coffee (1/3 Jameson'a, 2/3 świeżo parzonej kawy, a na górę coś w rodzaju bitej śmietany – bardziej przypominało to krem) - wyśmienite na zimne wieczory.

W piątek wróciliśmy do Dublina. Niestety większość dnia spędziliśmy w autobusie. Zatrzymaliśmy się na dobrze nam znanym kempingu w Rush.

W sobotę nasze plany zmieniły się dość nieoczekiwanie. Od Irlandczyka, który wypoczywał z rodziną nieopodal nas, dostaliśmy darmowe bilety na koncert w Dublinie. Niestety jak się później okazało, koncert nie był zbyt rewelacyjny – najbardziej godną zobaczenia była Macy Gray, reszta wykonawców - taka sobie. Zresztą, nie ma co narzekać, bo w końcu „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby” :-). Wieczorem pokręciliśmy się trochę po Temple Bar i wróciliśmy dość zatłoczonym autobusem do Rush.

Natomiast dzisiaj cały dzień chodziliśmy się po Dublinie. W końcu wysłałem kilka kartek. Spróbowaliśmy też Fish & Chips - kupione w miejscu, które od wielu lat jest nagradzane za najlepsze Fish & Chips w Irlandii. Zjedzenie całej porcji graniczyło z cudem - kilkunastu minutowy odpoczynek na trawie był wskazany.


06.09.2004

Jutro dzień wylotu z Irlandii. Z jednej strony trochę się cieszę, że wracam do domu – wygodne łóżko i długa ciepła kąpiel to właśnie to, czego mi trzeba. Z drugiej strony szkoda, że nasza wyprawa dobiega już końca :-(.

Dzisiaj opuściliśmy kemping w Rush i rozbiliśmy namioty nieopodal dublińskiego lotniska. Wprawdzie znajdujemy się 10 metrów od ruchliwej drogi ;-), ale tak było najprościej – o godz. 3 w nocy musimy wstać na samolot, a dojazd z Rush nie wchodził w grę - tak wcześnie nie odjeżdża żaden autobus (Dublin – Rush to 1,5 h drogi). Poza głośno startującymi samolotami i przejeżdżającymi samochodami jest OK :-).


08.09.2004

Nasza wyprawa dobiegła końca - właśnie dotarliśmy do Wrocławia.
Rano w Dublinie wstaliśmy bez większych problemów. Złożyliśmy namioty i udaliśmy się na lotnisko. Odprawa i lot przebiegł bez problemów (lecieliśmy w czasie wschodu słońca – piękny widok). W Brukseli autobus mieliśmy dopiero za 4h - na szczęście okazał się prawie pusty – dzięki temu spokojnie sobie spałem na czterech siedzeniach.
Podsumowując, wyjazd uważam za udany – mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze wrócę...

#02

Dziś relacja z pierwszego i początku drugiego dnia wyprawy. Reszta niebawem... :-)
26.08.2004

Na wstępie kilka słów o dniu wczorajszym.
Podróż autobusem była dość męcząca - rano czułem każdą kość i kosteczkę ;-). O godz. 11:00 znaleźliśmy się na North Bus Station w Brukseli. Najpierw przepakowanie bagażu, a potem udajemy się w kierunku Grand Place (tzn. tak nam się wtedy wydawało ;-) ).
Miało być dość blisko, jednak wcale tak nie było - to zapewne za sprawą naszych zdolności orientowania się w terenie. Długo krążyliśmy po dość dziwnie wyglądających dzielnicach.
Kiedy w końcu dotarliśmy na Grand Place, okazało się, że wcale nie jest tak zachwycający i powalający z nóg, jak to było napisane w przewodniku. Budynki owszem przepiękne, ale sam Grand Place nie jest zagospodarowany zbyt ładnie - powinni brać przykład z wrocławskiego rynku ;-).
Na Grand Place zrobiliśmy sobie pierwszy odpoczynek - zwiedzanie z ciężkimi plecakami, na dodatek po męczącej podróży, wcale nie jest łatwe :-). Pierwszy raz dały o sobie znać moje plecy.
Kiedy już chwilę odpoczęliśmy, udaliśmy się w kierunku katedry św. Michała i Guduli (Cathedrale Saint Michel et Gudule). Oczywiście trochę pobłądziliśmy. Katedra jak katedra.
Następny cel to park Mont des Arts. Krótki odpoczynek (ach te plecy) i udajemy się do Bruparck - znajduję się tam symbol targów Expo 1958 - Atomium (w kształcie ogromnego atomu żelaza) oraz Mini-Europa. Okazało się, że do Bruparck jest ładny kawał drogi - wybieramy metro. Wysiadka na stacji Heysel i nasze wielkie zaskoczenie - za wstęp do Mini-Europy zażyczono sobie 16 euro - za drogo, rezygnujemy.
Następny obiekt to ogromny Pałac Sprawiedliwości (Palais de Justice). Jak zwykle trochę błądzimy (tym razem metrem, więc na szczęście mniej nas to męczy). Kiedy dotarliśmy na miejsce - pleców już w ogóle nie czułem :-).
Zapadła decyzja o poszukiwaniu kempingu. Znowu błądzimy różnymi dziwnymi dzielnicami. Po dotarciu na miejsce okazało się, że kemping jest całkiem przyzwoity, a co najważniejsze dość tani (łącznie zapłaciliśmy 25 euro). Rozbijamy namioty, a potem wyruszamy na zakupy. Po powrocie jedzonko i zasłużony odpoczynek przy butelce Leffe :-).
Kiedy już odpoczęliśmy, postanowiliśmy udać się na poszukiwania dworca centralnego (Midi Bus Station), skąd rano ma odjeżdżać autobus, który zawiezie nas na lotnisko.
Dworzec znaleźliśmy dość szybko i o dziwo nie błądziliśmy ;-). Niestety z miejscem, z którego odjeżdża autobus nie było już tak łatwo. Po godzinie poszukiwań w końcu się udało :-). Na kemping dotarliśmy grubo po godz. 23.

To tyle o dniu wczorajszym. Dzisiaj pobudkę mieliśmy o godz. 04:15 - zbyt dużo nie pospaliśmy :-(. Złożyliśmy namioty i udaliśmy się w kierunku dworca. Na dworzec dotarliśmy po godzinie szybkiego marszu. Autobus był tam gdzie powinien być.
Niecała godzina drogi i jesteśmy na lotnisku. Odbiór biletów i cała odprawa przebiegła bez problemów - na szczęście bagaże nie przeciążone :-D.

P.S. Kiedy piszę te słowa jesteśmy wysoko, wysoko nad ziemią w Boeingu 737 :-).

#01

Ufff... Minął prawie miesiąc zanim udało się "dobrać" do internetu. Za moment wrzucę na stronę pierwsze fotki z wyprawy. Wyjazd należy uznać za udany :-D. W Irlandii starałem się spisywać ważniejsze wydarzenia - niebawem ukaże się dość obszerna relacja (dzień po dniu). Pozdrawiam...
© 2003-2010 Łukasz Pawlina //takitam
RSS XHTML CSS